Kurs Turystyki wysokogórskiej, czyli lekcja pokory, hartu ducha i braterstwa liny!

                                                IMG_6143

                                                 fot. Piotr Sztaba

             Niezwykle magiczny jest to rok, jeśli chodzi o moją górsko – wspinaczkową przygodę.

Do tej pory, to, co w większości było w sferze marzeń i pewnych ideałów, od czerwca skutecznie, krok po kroku wciela się w życie. A wręcz w całości je wypełnia.

Możliwe, że, nadto mocno doceniam przeczytanie ( i wzięcie do serca) rad Horsta z “Treningu wspinacza”. Jednak wskazówka, zrobienia planu krótko i długoterminowego strasznie, ale to strasznie uporządkowała, to, co chcę osiągnąć. A chcę wspinać się w skałach, walczyć z własnymi ograniczeniami, łamać swoje wewnętrzne lęki i stanąć na szczycie Mont Blanc.

I w sumie, to dopiero początek marzeń :)

Kurczę, a może, to nie kwestia przeczytania kilku książek, tylko spotkania właściwych ludzi, mojego teamu, który zaraził mnie, tą pasją wspinania, tym głodem wyzwania.

           Tak, to jednak właściwi ludzie sprawili, że dziś jasno i otwarcie mówię czego chcę, a chcę być częścią wspinaczkowego organizmu!

No i, skoro już wiem czego chcę, to, jak, to na Skorpiona przystało zabrałam się do działania.

Idąc za radą zdecydowanie bardziej doświadczonego i obytego ze skałą kumpla, którego uwagi i marudzenie sobie cenię, choć nie zawszę je rozumiem, postanowiłam, że moim pierwszym profesjonalnym szlifem, będzie kurs skałkowy.

Szybki rekonesans kilku for wspinaczkowych i wybór pada na Sokoliki i szkołę “Blondasa”.

Nie szukając dalej, wysyłam maila, podaję terminy, które mi pasują, przeżywam pierwszą ekscytację, gdy wraca, do mnie info zwrotne. Niestety, czarne chmury zawisły nad obiema datami, jakie mi odpowiadały, brak partnera uniemożliwił odbycie kursu w 2014. Dostaję jeszcze info, że jak tylko ruszą nowe turnusy w 2015 jestem na liście, także co się odwlecze, to nie uciecze. I niby tak, tylko ja chciałam już, teraz, nom, ale dociera do mnie, że w 2014 szansa na zrobienie tego kursu, odpłynęła bezpowrotnie.

Trudno, starając się nie stracić nic z entuzjazmu, jaki mi towarzyszył jeszcze tydzień temu, szybko i spontanicznie podejmuję decyzję, że, skoro nie kurs, to wypad w Bieszczady.

Szaleństwo szybko się urzeczywistnia, po raz pierwszy swoje urodziny spędzam samotnie, na górskim szlaku. I powiem Ci Czytelniku, to była magia!!

Pobyt w Polsce dobiega końca, wracam do Norwegii, jednak w głowie znów zapala się lampka, że chcę jeszcze w tym roku czegoś sensownego, co wiąże się z Górami nauczyć.

             Coraz dłuższe deszczowe wieczory, sprzyjają eksploracją Internetu. Znów odwiedzam dobrze mi znane fora zrzeszające pasjonatów Gór, kursów, wspinaczy…

Trafiam na link do szkoły Waldka Niemca Kilimanjaro. Szkoła oceniona przez większość bardzo dobrze, ja już przy okazji kursu skałkowego rzuciłam na Nią okiem. Tym razem na dłużej zatrzymuję się przy zimowym kursie turystyki wysokogórskiej. Brzmi co najmniej zachęcająco, a ja jeszcze nigdy (wiem wstyd) zimą nie zaznałam magii górskiego łazikowania. Zatem nie myśląc wiele, wysłałam do Waldka wiadomość, z kilkoma ogólnymi pytaniami, odpowiedź zwrotna trafia do mnie w przeciągu godziny i utwierdza mnie w przekonaniu, że chcę w grudniu zawitać na ten kurs.

Sprawdzam kalendarz, dogrywamy szczegóły, jeszcze kilka razy męczę Waldka mniej lub bardziej trafionymi pytaniami, pakuję plecak i ruszam w Tatry.

             Popołudnie przed “misją kurs” spędzam w środowisku idealnym dla mnie, gdy jestem na Kujawach. Ścianka Inowrocław, mój „must heave” każdego pobytu w Polsce. I nie ważne czy przylecę na 3 dni, tydzień czy miesiąc. Jeśli to będzie akurat wtorek lub czwartek, to mogę być głodna, niewyspana albo z ogromniastym plecakiem (a nawet dwoma), ale będę nie w domu, a właśnie tam! No i to właśnie po trzygodzinnym poceniu ściankowym, szybkim ogarnięciu w szatni o 21, ruszam we wtorek z Ina do Zakopca.

Połączenie zaplanowane jeszcze w Norge, Inowrocław – Toruń, Toruń – Kraków, Kraków – Zakopane. Większość mojej podróży przypada na porę nocną, czyli, jeśli tylko będzie cicho i wygodnie w autobusie, dotrę na miejsce wypoczęta. I, choć nie znam Dżina z lamy, to tak wygodnym autokarem nie podróżowałam już dawno, do tego tylko 6 innych współpodróżników, jednym słowem miejsca, ile dusza zapragnie. 160 cm wzrostu czasami jest przydatne, mały plecak, ląduje pod głową, kurtka spełnia funkcję kołderki i wyciągnięta na 3 siedzeniach odpływam w błogi sen. Budzę się dopiero koło 6 w Katowicach, jednak na dobre do świata wracam grubo po 8.

Do Krakowa docieram około 10, kawa, śniadanie i ruszam dalej, bo z tego co pamiętam Waldek wspominał, że do schroniska trzeba podreptać, a nie chciałam po raz pierwszy maszerować nieznanym mi szlakiem po zmroku. I, o ile wszystko fajnie układało się w mojej głowie, to zakupy jakie pozostawiłam na przysłowiową ostatnią chwilę, przeciągnęły się strasznie. Niestety, z Krakowa wyruszam dopiero około 13.30, późno i już czuję, że jednak zmrok mi pisany. W końcu moim oczom ukazuje się Zakopane, o dziwo nie zatłoczone, szybka akcja taksówkarza, sprawia, że dobrze jeszcze nie poczułam chodnika pod stopami, a już siedzę w samochodzie. Powoli czuję zmęczenie, dlatego, gdy sympatyczny Pan zapewnia, że do schroniska idzie dojechać (choć mail Waldka jasno mówił o dreptaniu) nie przeczuwam, że po prostu myślimy o różnych schroniskach, dowieziona jednak pod Murowanicę, a nie Murowaniec, wiem, że dreptanie mnie nie minie. O dziwo, ów błąd kierowca bierze na Siebie, czym wzbudza mą jeszcze większą sympatię. Dojeżdżamy do Kuźnic, szybko, jednak już robi się szarawo. Tabliczka Murowaniec wlewa we mnie optymizm, że bliżej już niż dalej. Taksówkarz życzy owocnego kursu, macha na do widzenia, a ja ruszam z dużym plecakiem, na plecach i mniejszym przed sobą, do mojej Mekki na najbliższe 4 dni.

Pierwsze widoki wywołują zawrót głowy, budzi się we mnie reporterska natura i co chwila przystaję, by pstryknąć foto, łapię też w między czasie oddech i przeklinam, te dwa plecaki.

Po godzinie drogi czuję zmęczenie, podejmuję też walkę z czasem, bo chcę być jak najbliżej schroniska, gdy będzie ciemno. Pojawia się też pierwszy paraliż, docieram, bowiem do miejsca, w którym niebieska tabliczka informuje o lawinach. I nagle pierwsza panika, jakie lawiny, przecież sprawdzałam komunikat TOPR nie miało być lawin, konsternacja i myśli w stylu dzwonię do Waldka upewnię się, o co chodzi. Po chwili jednak opanowuję się, włączam racjonalne mydlenie i ruszam dalej, choć czuję się trochę jak na polu minowym.

Z minuty na minuty szarości postępują. Kiedy przechodzę przez przełęcz jest już ciemno.

Czołówka sprawdza się, w tych warunkach, idealnie.

Do Murowańca docieram około 17.00. Zrzucam plecak, czuję, że pływam, jednak pierwsze podejście z obciążeniem okazało się męczące.

Na szczęście sprawy formalne, trwają chwilę i po 15 minutach mogę rzucić się na łóżko.

Ja potrzebowałam chwili rozprostowania kości, mój tel gniazdka i prądu, bo, ledwo zipał.

Ładować tel. można w recepcji, zatem będę tam przez najbliższe 4 dni częstym gościem :)

Odzyskuję wreszcie zasięg, który pojawiał się i znikał i, który skutecznie uniemożliwiał płynny kontakt ze światem. Wraz z zasięgiem docierają wirtualnie najbliżsi, ciekawi czy żyję, jak się czuję itp. Moi ludzie, którym pozwalam się o mnie martwić :) zmęczenie jednak skutecznie zabija we mnie gadułę, przekazuję, zatem istotę sprawy, “żyję, ale padam, więc dajcie mi spać”. Zbieram też siły na sensowną wiadomość do Waldka, że jak coś jestem na miejscu, udaje nam się chwilę pogadać na fb, dowiaduję się, że Instruktor, któremu nas powierza, czyli Piotrek Sztaba jest już na miejscu. I, że mogę sobie z Nim pogadać. Hmm i wszystko fajnie, tylko ja tu poznać, który to nasz Mentor na najbliższe dni? Na szczęście ów wspomniana wcześniej Recepcja, nie jest tylko miejscem, w którym telefony odzyskują siły witalne, to także idealne miejsce pierwszych spotkań :D Jak się okazało nie muszę nigdzie Piotra szukać, siedzi tam, gdzie ja, przygotowuje jakąś prezentację, jednak mimo wszystko znajduje czas na rozmowę. Puszcza nawet kapitalny filmik, z którego pewne teksty pamiętam do dziś :D :D Rozmawiamy chwilę, wydaje się sympatyczny, choć stanowczości nie idzie Mu odmówić. Zdradza też, że oprócz mnie na kursie będzie Grzesiek, także ulga, małe grono, kameralnie, już mi się podoba.

Zmęczenie wcisnęło się ogromne, godzina 19.00 a ja czuję totalny brak sił. Dobranoc wydaje się najsensowniejsza opcją. 19.30 odpływam w błogi sen.

Dzień 1 

               6.30 budzik wyrywa z milusiego snu, niechętnie otwieram oczy. Widok z okna na skąpane w porannym słońcu Tatry zdecydowanie ułatwia pobudkę, już nie pamiętam, że dobrze mi się spało. teraz chcę uwiecznić tą chwilę, kilka fotek musi na razie wystarczyć. Pora zacząć szykować się na początek kursu. Moje poranne tempo jest jeszcze bardzo zwolnione, na 8 dobijam do stołówki. Płatki owsiane będą idealne na wymarzony początek dnia. Ogromniasta miska płatków i swojskie mleko, szybko zaspakajają mój poranny apetyt, w sumie objadłam się tak, że mogę iść spać dalej. W porę jednak zjawia się Piotr, oznajmiając, że około 11 zaczniemy.

Oczekiwanie na Grześka upływa na kręceniu po schronisku i szybkich rozmowach przez FB.

Grzegorz dobija punktualnie, równie zmęczony jak ja, wczoraj. Zatem jest nadzieja, że tempo mamy podobne i, że się na tym kursie nie zajedziemy wzajemnie.

Kontakt łapiemy błyskawicznie, okazuję się, że Grzegorz jest z Gniezna, także już, tym bardziej swój człowiek!!

Szybkie ogarnięcie noclegu i zaczynamy zabawę.

Każdy mówi chwilę o sobie, Piotrek ciekawie opowiada, zatem wykłady będą przyjemne :)

Dostajemy też niezbędny sprzęt, choć my twierdzimy, że to były nasze zabawki :D

Łopata, sonda, uprząż, szpej, detektory lawinowe, lina, raki, czekan i wiele innych “drobiazgów” będą codziennie towarzyszyć nam w plecakach :)

Dzień zaczynamy od odprawy, sprawdzenia warunków pogodowych i stanu plecaka i to będzie nasza mantra na kolejne dni!

Ruszamy ku przygodzie i znów uczymy się przez obserwację Piotra, pierwsze 20 minut „dajcie rozruszać się mięśniom, nie zapoćcie się”, brzmią dobre rady Naszego Przewodnika, my żyłujemy tempo, ale po tych 20 minutach po Piotrku nie widać gramika zmęczenia, My już płyny uzupełniamy. I znów dociera, że trzeba obserwować bardziej doświadczonych od siebie :) I tak będziemy się uczyć, przez obserwację, bo bez zbędnej kokieterii Piotr jest cholernie poukładany, czym Grześkowi i Mnie imponuje i momentalnie wzbudza szacunek.

Do tego opowiada tak, że chce się go słuchać i ma ósmy zmysł, bo czuje przez skórę, kiedy opadamy z sił :D i daje złapać oddech.

Na tapetę idą lawiny i śnieg. Zagadnienie bardzo złożone, które szczegółowo rozbudowane jest na kursie lawinowym, jednak co nieco zaznajamiamy się z tematem. No i w końcu działamy. Choć wcale nie idealnie, szybciej lub wolniej zaliczamy pierwsze odkopania i cieszymy się z Grzegorzem jak dzieci, z naszego sukcesu. Bieganie w śniegu Nas wyczerpało, myślimy o Schronisku, ciepłej herbacie, jednak to myślimy My, Piotr jest pełen sił! Ruszamy dalej, słuchamy, maszerujemy i obserwujemy śnieg, majestat Tatr o zmroku i Piotra, który porusza się z taką lekkością, świeżością, stanowiąc totalne przeciwieństwo Nas, którzy powoli walczymy z Własnymi ciałami.

Zajęcia w terenie jednak dobiegają końca, jeszcze tylko zejść do schroniska i na dziś łażenia dość. Zejście jednak będzie w bonusie, w rakach :P Grzegorz już miał do czynienia z rakami, dla mnie to całkowity pierwszy raz. Idę sztywno, mało naturalnie, czuję się trochę jak robot, ale przyczepność pierwsza klasa :D

Znów dotarcie pod drzwi Murowańca cieszy ogromnie :)

Kolacja, wykłady i padamy jak niemowlaki po dniu pełnym wrażeń

Dzień 2

            Odprawa, staje się dla Nas naturalna. Wypoczęci pamiętamy o pierwszych wolnych 20 minutach marszu, na tym etapie “wycieczki” udaje się nam utrzymać tempo Piotra :) później jednak znów nieco musimy Go gonić. Jednocześnie zgodnie stwierdzamy, że po kursie bierzemy się za naszą kondycję, obowiązkowo!

Nauka hamowania upadku czekanem, jest fajna i wymaga małego wysiłku energetycznego :D

Początkowo największa trudność, to sam czekan, który plącze się w rękach i przeszkadza, ale pod koniec dnia przywykamy do Niego :)

Druga część dnia jest już bardziej wymagająca, to też pierwsze zmierzenie z lękiem, chodzimy w rakach, jednak nie zawsze podłożem jest śnieg, są też przecież skały i tutaj postawienie nogi w rakach dla mnie stanowi wyzwanie. Zakładanie asekuracji, to pierwszy sprawdzian wzajemnego zaufania z Grzegorzem. Nie wiem jak to było z Nim, ja jednak czuję, że mogę mu ufać :) Ten dzień to już więcej chodzenia, więcej też wiedzy praktycznej, węzły nie opuszczą Nas już do wieczora: wyblinka, półwyblinka, kluczka, ósemka, motyl alpejski, prusik, bloker zaczynają wychodzić pod koniec dnia automatycznie :) a zjazd daje pierwszy zastrzyk adrenaliny.

Wieczorem wykłady i na sucho nauka wyciągania partnera ze szczeliny. I dzień największego wyzwania nadchodzi nieubłaganie.

Dzień 3

10_12_2014 - 11

           Odprawa, zdyscyplinowaniem i poukładaniem chyba wywołujemy w Piotrze wiarę, że coś z Nas będzie, ruszamy w najdalszą pieszą podróż, tą wspólną z Piotrkiem. Dzień upływa pod znakiem lodospadu, który okazuje się dla mnie przeogromnym wyzwaniem. Totalnie, bowiem nie radzę sobie z wbijaniem raków w lód, nogi wyjeżdżają, za to czekan wbijam na tyle mocno , że nie raz na, nim wiszę, nie odpadając. Lodospad jednak, dla mnie okazał się wyzwaniem i rzeczą do powtórki, Grzesiu pokazał klasę, dobił szczytu i dla mnie jest Mistrzem, bo radził sobie wybornie i płynnie. Po lodospadzie przychodzi czas na szczelinę. Słowa Piotra “zeskoczysz” paraliżują. Do dziś mam przed oczami Piotra uśmiech na moją reakcję “ale, że skoczyć?” Podejrzewam, że moje oczy były wielkości orbit, z jednoczesnym błaganiem o litość niczym Kot ze Shreka :D

I dalej nie wiem jak Piotr to zrobił, że ja jednak zjechałam w dół. Ale wiszenie było fajne :D Jestem tylko ciekawa co pomyślał sobie ten pan, który widział mój lot i słyszał pisk :D

Wyciąganie partnera ze szczeliny, to zadanie bardzo ciężkie, umiejętności, umiejętności i przytomność umysłu mogą być jedynym sojusznikiem.

18.00, to czas pożegnania z Piotrem i łezki w oku, że to nie z Nim jutro maszerujemy na Granaty.

Wieczór teorii z Waldkiem zleciał bardzo szybko, równie ciekawie i lekko opowiadał, jak Piotr.

Dzień 4

               Ostatni dzień to nasza wyprawa na Granaty. W sumie to Nasz maraton. Instruktor poraża kondycją, nie jesteśmy w stanie dotrzymać mu tempa. Dla mnie to dzień kryzysu, dwa – trzy łapię podczas tego marszu ku górze. Walczę z własnym organizmem i ucieram nosa marudzącej psychice. Ale nie dokonuję tego samotnie! Grzegorz okazuje się nie tylko kumplem od liny, ale prawdziwym przyjacielem, motywuje do dalszej drogi i przede wszystkim wprawnym okiem lekarza, pilnuje bym nie odwodniła organizmu. Na szczycie Granatów, karmi rodzynkami, które wtłaczają we mnie drugie życie, wracają siły, zejście idzie szybko, przyjemnie. To co niemożliwe stało się faktem. Nie tylko weszliśmy na Granaty, ale i z Nich zeszliśmy i to do 15 :) Piotrze nawet nie masz pojęcia jak często o Tobie mówiliśmy, a rano odprawę zrobiliśmy tak , jak nas nauczyłeś :D

15.30 żegnamy się z Waldkiem i Murowańcem, choć totalnie zmęczeni, to w pełni szczęśliwi i przepełnieni świadomością, że wrócimy na kolejne części kursu!

        Piotrek Stałeś się naszym Mentorem, zaimponowałeś kondycją, charakterem i poukładaniem!

Wyzwoliłeś chęć doskonalenia siebie i popychałeś do łamania mentalnych barier.

Złamałeś pojęcie niemożliwego, jednocześnie ucząc pokory i szacunku do Gór i Partnera!!

Spędziliśmy ze sobą we Trójkę chwilę, a poczuliśmy się dzięki Tobie zgranym zespołem :)

I mimo przeogromnego doświadczenia, lat spędzonych w Górach, to uderza Twój spokój i taka niesamowita inteligencja w pojmowaniu Gór i obcowania z Nimi!

Piotrek, Grzesiek, Waldek dzięki i do zobaczenia!!

beznazwy

  5 comments for “Kurs Turystyki wysokogórskiej, czyli lekcja pokory, hartu ducha i braterstwa liny!

  1. ~Marcin
    12/26/2014 o 12:51 AM

    Czytałem to jak książkę pełną akcji :D przy której można zapomnieć wysiąść z pociągu na swojej stacji. Chciałbym zobaczyć te oczy wielkości orbit :D

    • LENA
      12/26/2014 o 2:10 AM

      zapewne miałbyś ubaw równy do tego, który miał Piotr :D

      • 12/26/2014 o 11:23 AM

        Widziałem twoje zdjęcie na G+ jeśli to jedno z podobnych spojrzeń to coś mi się wydaje że kolega Piotr go szybko nie zapomni. Bo mnie wbiło się w głowę i gdzieś tam świdruje szare komórki.

        • LENA
          12/27/2014 o 2:17 AM

          to, które wspominasz Marcinie, Ty było efektem głupawki, która często nawiedza mnie nie koniecznie widzieć, dlaczego. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to chyba tego dnia właśnie tak żegnałam się z pracą :)

          • ~Marcin
            12/27/2014 o 11:20 AM

            Tak czy siak zajszło w głowę i tak cię będę sobie wyobrażał czytając kolejne powalające historie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *